Zanosiło się, że kije już zarosną kurzem i zostaną zdekompletowane w bagażnikach samochodów, ewentualnie w piwnicy, gdzie też ich część zdeponowałem. Jednak nie. W ostatni weekend, czy to może przedostatni tak na prawdę, udało mi się pojechać do Wila i grzecznie rozpocząć sezon wybijając dwa koszyczki. Tzn. piłek, koszyczki zostały na miejscu.
Na początku czułem się jak szef Lehman Brothers Richard Fuld, który pewnego dnia obudził się i stwierdził, że to już koniec… Na szczęście już po chwili otrzymałem plan pomocy w postaci stymulatora pt. “Let’s play driver now” i mi przeszło. Na szczęście. No bo co, kurczę blade. W piłkę mam grać w lecie? Nie powiem, żeby mi się nie podobało. Co środę katuję się półtorej godziny i trochę siłowni w weekendy. Trzeba być przygotowanym w czasach kryzysu na tańszą wersję sportu dla “elyt”.
Ktoś mógłby spytać, dlaczego nie na symulatorze. Otóż okazało się, że w EH, gdzie znajdują się dwa stanowiska, jedno z nich, to działające zresztą, jest dość niebezpieczne. Albo inaczej. Jest bezpieczne, ale wg. miejscowej obsługi tylko mi przydarzają się tam wypadki. Śmieszne zresztą, bo przecież kto normalny umie trafić w kaloryfer za ekranem, w który strzela się golfową przecież piłką?? No nie wiem, jakoś mnie to nie przekonało, w związku z czym nałożyłem embargo, nie będę w tym uczestniczył. Idąc dalej tym tropem muszę jednak uważać, żeby nie skończyć na innych obiektach golfowych jak ten klient, co to kurczaka brudną szmatą nie mógł zaakceptować w sklepie i w związku z czym kierownik sklepu zrobił mu zdjęcie typu “tych klientów nie obsługujemy”.
Z niecierpliwością oczekuję wiosny, albo czegoś, co spowoduje, że śnieg stopnieje, a ja sam zamiast siedzieć wieczorem w domu, będę ćwiczył na drajwingu w Wila. Może macie jakiś pomysł, bo nawet zdjęcia golfowe w tym roku już mi nie pomagają…adres poniżej. http://www.flickr.com/photos/kexgolf/
Pozdrówka z betonowej dżungli


