Naprawde jest mi niedobrze. Od tego golfa, podrozowania, jazdy lewa strona, zwiedzania, zmiany miejsc, pakowania sie, rozpakowania i innych czynnosci. Niby dopiero jeden dzien minal, ale juz sie czuje jak po tygodniu conajmniej. Wieczorem po grze spakowalem sie i wrocilem przez Salty Cap oraz droge Breaveheart nad morze. Widoki, strumienie, trawa, czy to wlasciwie nie trawa, tylko takie ni to wrzosy ni cos..jakies sarny, zadnych samochodow, same brzydkie dziewczyny. Moj boze, na tej wyspie tyle lat, pewnie chow wsobny…? Trasa jak gdzies na ksiezycu, albo wlasnie w rzeczonej Szkocji. Wszystko nagrane i sfotografowane. SUper. No mniejsza o to, w koncu dojechalem do klubu Druids Glen Golf Resort. Marriot, a jak. Jeszcze pool, sauna, zanurzenie sie w zimnej wodzie, zeby dojsc do siebie. Szkoda, ze w Polsce nie ma takich atrakcji. POtem szybki obiad i zasnalem w restauracji, prawie.
Rano, znow o 6ej pozbieralem sie i po sniadaniu pojechalem szybciutko na pole. Oczywiscie znowu bylem pierwszy w klubie. Tylko straznik byl i powiedzial lamana polszczyzna, ze “Aj hev e ki to kar, so you cen tejk it and pej lejter” majac na mysli buggy. POtem wpadlem na kawiarke, ktora mowila, ze jeszcze zamkniete, tez polszczyzna, ze moze zadzwonic do straznika. Ale nie wiem po co.
Wtedy przyszedl wreszcie oprawca (bo tu tez byly ceny paskarskie, widac, ze kryzys). Powitalem go dosc porannym zartem, czy dobrze sie spalo. W pierwszej chwili nie zaczail, odpowiedzial w stylu angielskiem, ze dziekuje i w porzadku…haha, potem sie zreflektowal. Moj tee time byl za 4 minuty. Hm, kazal mi isc na tee. Natomiast smiesznie jeszcze, bo jak sie krecilem, samochod, green, rozgrzewka, on pyta jaki mam hcp. Ja mowie, ze ok 9, ale gram na 7 :) Na co on, wyraznie zdziwiony, ze to wysoki. Myslal, ze mam mniejszy… Potem powiedzial, ze jego ojciec umial powiedziec po wygladzie zawodnika z dokladnoscia do jednego punktu, na ile kto gra. Hehe, sadzac po wieku tego, to jego ojciec ma pewnie teraz ze 100 lat. Tak latwo ich zmylic…wystarczy przejsc poprzedniego dnia 36 dolkow i nabiera sie od razu takiej sztywnosci, ze sie wyglada jak Tiger. Ach, zapomnialbym. Straznik podszedl do mnie i mowi tak “chcialbym taka sprawe zrobic, flage panu powiesze, na maszt wzejdzie, pierwszy raz od poltora roku”. No i jak powiedzial, tak zrobil. Taki zwyczaj. Jak gra ktos z Burkina faso, to mu wieszaja banana, a jak ktos z POlski to polska flage. Kurcze, moze myslal, ze tez tesknie, czy jak. O, i prosze, tez na zdjeciu widac. Cala runde sie zastanawialem, czy on od poltora roku tu, czy dluzej, ale 18 miesiecy temu gral tu jakis polaczek, i wtedy tez mu ta flage wzwiodl? No nic, moze bylem pierwszy.
Anyway, ten ze sklepu kazal mi grac z bialych, tzn tournamentowych, ktore sa dalej niz meskie, ale nie z championshipowych. Tak sobie mi sie usmiechalo, ale jakos 9-tke zagralem. Wszedlem zatankowac pilki, bo jakos mi wyszly i wziac cos do picia. Mowie, ze slicznie i superancko, a on, ze “fajnego, to jeszcze nie widziales”. Mysle, ale sciema. Kazdy tak gada…no ale zobaczcie sobie zdjecia…nieprawdopodobne. Da sie? No da sie…Nic dziwnego, ze Irish Open i inne turnieje sa tam rozgrywane. Swietne pole. Fairwaye troche gorsze niz w K Clubie, ale greeny chyba lepsze i jeszcze ciekawsze. Fajne dolki, niektore nieosiagalne w regulacji z bialych. Wynik taki sobie, ale znowu te putty mnie ratuja. Wrocilem do hotelu, zakupy, pamiatki itd. I poszedlem na drugie pole, bardziej typu links. To z kolei, mialo miec wiecej wiatru, ale na szczescie nie bylo, ale widoki bardziej surowe, za to dalej widac, bo to niczym Lisia Polana na gorce, hahahaha. Znowu wspaniale dolki i dobre na zmiane, no tak, ze wyniku sie nie wstydze, ale czuje, ze zaczynam lapac kontakt z pilka. Szkoda tylko, ze potem dosc szybko jednak je gubie i musze zaczynac od nowa… Buggy zdal egzamin na piatke, dzis bym nigdzie nie doszedl. A tak teraz juz ogarnalem zdjecia i pare slow przed snem. Jutro piekny dzien bedzie, ech!


